Stereonoke Hime
txt: V2

Gwałtowny wiatr mierzwił korony wiekowych drzew, czesał grzbiet starodawnej puszczy wściekły, że nie może dostać się głębiej. Wył na nagich skałach, przepędzał spłoszone baranki chmur po niebie i nastrajał pesymistycznie niespokojne dusze, mimo późnej pory gdzieś wzywał, czegoś żądał. Ashitaka obudził się, huk wiatru i księżyc w pełni nie pozwalały spać dłużej. Wyszedł zza skał, które dały mu schronienie podczas odpoczynku. Osłonił głowę czerwonym nakryciem. Przez chwilę stał w milczeniu, patrząc na zalany srebrnym światłem górski krajobraz. "Czas ruszać" pomyślał. 
- Yakkuru, chodźmy! - zawołał swego wierzchowca, towarzysza, przyjaciela. 
Coś przeraźliwie smutnego jest w widoku samotnego, zakapturzonego jeźdźca, jadącego górską drogą pod księżycem w pełni. Melancholiczny śpiew wiatru wzmaga, potęguje nastrój. Ale w duszy wędrowca panuje spokój. Żadna sprzeczność, żadne wahanie nie mąci jasności jego myśli. Ale tylko do chwili, gdy zza zakrętu wyłoni się olbrzymi biały wilk szczerzący, bynajmniej nie przyjaźnie, potężne zęby.
- Dokąd jedziesz, Czerwony Kapturku? - z drwiną w głosie zapytało zwierzę. 
- Jestem Ashitaka - nieśmiało zaoponował.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - spokojnie zwrócił uwagę wilk. Niestety, jego spokój nie chciał jakoś udzielić się indagowanemu. - Więc, dokąd zmierzasz?
- Do babci - Ashitaka sam zdziwił się, jak gładko kłamstwo przeszło mu przez usta.
- Z pewnością - zgodził się wilk - Pytanie brzmi więc: kim jest twoja babcia? Bo jeśli to ta głupia dziwka Eboshi, to twoja podróż kończy się tu, teraz i na zawsze! - w głębi wilczego gardła jak odgłos kamiennej lawiny narastać począł głuchy warkot.
- Eboshi? - szczerze zdziwił się młodzieniec.
- Udawaj głupca przed ludźmi, ale nie oszukasz bóstwa lasu! - gniew wilka lada chwila miał wybuchnąć.
- Uspokój się Moro! - zawołał ktoś młodym, dziewczęcym głosem. Na drodze pojawiły się jeszcze dwa, trochę mniejsze wilki. Na grzbiecie jednego z nich, ubrana w skóry, siedziała zamaskowana postać. - Wygląda na to, że rzeczywiście nic nie wie - skomentowała. Zeskoczyła z wilka i podeszła szybkim krokiem do miejsca, w którym tkwili Yakkuru ze swoim jeźdźcem. zdjęła maskę i spojrzała Ashitace prosto w oczy. Poraził go ten wzrok. Patrzył na najpiękniejszą twarz, jaką widział w swoim życiu. Czas przestał płynąć, wszystko przestało się liczyć, w pustym kosmosie był on i ta twarz, dzikie płonące oczy wpatrujące się w niego.
- Jesteś piękna - wyszeptał.
- San - jeden z wilków zbliżył się - mam go zjeść?
- Nie, chyba nam się przyda - powiedziała.
- Jesteś pewna? - zapytała Moro - To ludzkie szczenię, szkoda czasu.
- Chyba mam na niego wpływ - zaśmiała się San - Zindoktrynujemy go. 

... 

Słońce ogrzewało twarz Ashitaki. Był szczęśliwy, ostatnie tygodnie spędzone z San i wilkami odmieniły jego życie. Nie wiedział, że może być ono tak dobrą zabawą. Dotychczas sam, zdobył przyjaciół i był tak bliski zdobycia ukochanej kobiety. Wilki zaakceptowały jego i Yakkuru, traktowały ich jak część klanu. San traktowała go tylko jak przyjaciela, ale na dnie jej oczu kryło się to coś, co napawało nadzieją serce chłopca. Na razie cieszył się z samej obecności dziewczyny, z uwagi, którą mu poświęcała, wspólnych rozmów i wędrówek.
- Ashitaka - właśnie usłyszał jej głos.
- Tak San? - zerwał się na nogi.
- Musimy porozmawiać. Poważnie porozmawiać. - wzięła go za rękę i popatrzyła mu w oczy. To bezpośrednie zachowanie dosłownie roztapiało serce zakochanego. Nie odzywał się, patrzył jej tylko w oczy i słuchał. - Pamiętasz to paskudne miejsce, osadę ludzką zwaną Tataraba, nad którą zawsze unosi się całun dymu, której mieszkańcy niszczą nasz las. Tam mieszka ta suka, Eboshi. - Głos San stwardniał a uścisk jej dłoni wzmocnił się. - Nienawidzę jej! Jej ishibiyashi ranili moją matkę, Moro. Gdyby nie ta kobieta, żaden z tych tchórzy nie odważyłby się wejść do lasu Shishigami - przerwała na chwilę, żeby po chwili kontynuować - Gdyby nie ishibiya, ludzie nie mieliby szans z nami. Jest tylko jeden sposób na wygranie tej wojny. Ktoś musi zniszczyć broń Eboshi, wszystkie ishibiya oraz to całe piekło, tygiel czarownicy, w którym warzy swoje trucizny. Ashitaka! Ja i wilki nie wejdziemy do osady, ty możesz wśliznąć się tam jako podróżny i dokonać dzieła zniszczenia. Potem będziemy mogli cieszyć się spokojem, a las będzie dzielił się swoim szczęściem z nami. Ashitaka, zrobisz to? Zrobisz to dla mnie?
Ashitaka oswobodził swoją rękę i objął San wpół. Spojrzała na niego zdziwiona lecz po chwili uśmiechnęła się i zarzuciła mu ręce na szyję. Powoli przytuliła się do niego, a ich usta znalazły ku sobie drogę.
- San - rzekł po chwili Ashitaka - dla ciebie zrobię wszystko. 

... 

Mrok nocy ogarnął Tataraba. Ludzie, zmęczeni całodzienną ciężką pracą spali, ucichły rozmowy, szelesty. Ciemną uliczką przemykał cień. Ashitaka wracał ze zbrojowni, gdzie zaprószony wśród ishibiya ogień lada chwila powinien wybuchnąć, pożerając śmiercionośne narzędzia. Zostało mu jeszcze tylko zniszczenie pieca, serca Tataraba, tygla czarownicy, o którym opowiadała mu San.
- Weź to - powiedziała przed samym odjazdem, podając mu torbę ze sznurkiem wystającym z boku.
- Co to jest? - zapytał.
- Prezent dla babci. Zrób z tego dobry użytek.

... 

Mrok nocy kryje przemykające cienie, daje im poczucie bezpieczeństwa, tak długo dopóki huk eksplozji nie obudzi wszystkich wokół, a blask płomieni nie zmieni nocy w dzień. "Muszę się spieszyć" pomyślał Ashitaka i przyspieszył kroku. Widział już budynek pieca. Znowu przyspieszył. "Tylko bez paniki" pomyślał. Wiedział, że to złudzenie, jednak wyraźnie czuł na plecach czyjeś oczy, palący oddech pogoni. Przyspieszył. Kiedy dotarł do wejścia, poczuł się lepiej, bezpieczniej. Oparł się o ścianę i ciężko oddychał. Pot spływał mu po twarzy i kapał na ziemię. Spokój, spokój prawie dokończonej pracy. Do chwili, kiedy czyjaś obecność stała się zbyt wyraźna, aby być złudzeniem nadwerężonych nerwów. Odwrócił się. Przed nim stała postawna kobieta z ishibiya opartym na ramieniu. Ashitakę aż zatchnęło. Szybkim ruchem przytulił do siebie torbę z bombą, chwycił za kółko kończące sznurek detonatora.
- Nie rób tego. - spokojnie powiedziała Eboshi. Ashitaka przerażony wpatrywał się w błyszczące w ciemności oczy.
- Dlaczego? - zapytała. Młody mężczyzna przed nią był nieosiągalny dla jej słów, dzieliła ich nieprzekraczalna bariera, przez którą wszelka komunikacja musiała spełznąć na niczym. Jego przerażone, szeroko rozwarte oczy... Jego strach był wielki, jego determinacja jeszcze większa.
- Co robisz, Eboshi? Strzelaj!! - usłyszała głos Gonzy. W drzwiach pojawili się ishibiyashi z bronią wycelowaną w chłopca. Spojrzał na nich, spojrzał na nią, jego oczy jeszcze bardziej rozszerzyły się, dłoń wyciągnęła zawleczkę... Szeroko rozwarte, przerażone oczy... Gonza, od tyłu powalający ją na ziemię... Huk i błysk eksplozji... 

... 

Tataraba spowita łuną pożaru wyglądała pięknie. Klan Moro podziwiał niecodzienny widok ze szczytu góry.
- Mam nadzieję, że mu się udało - powiedziała Moro.
- Oczywiście, że się udało - odparła San. - Popatrz na ten ogień, czyż nie jest piękny? Wszystko się udało.
- Miałam na myśli to, czy uszedł z życiem - westchnęła wilczyca. - Co prawda to człowiek, ale bardzo miły człowiek. Brakowałoby mi go, gdyby nie wrócił. W końcu tyle dla nas zrobił. Był jak jeden z nas.
- Czy to ważne? To tylko ludzkie szczenię - zdenerwowała się dziewczyna. - Kogo obchodzi, czy przeżył, czy nie? Czy nie powinniśmy się cieszyć, że zrobił to za nas ktoś z nich, że pozwoliliśmy mu uwierzyć, że jest jednym z nas aby napuścić go na swoich? Wilk zawsze pozostanie wilkiem, człowiek człowiekiem.
- Ale San - zaoponowała wilczyca - przecież on to dla ciebie...
- Skoro był tak głupi, aby dać się wykorzystać... Sam się prosił - odpowiedziała obojętnie.