Brzoskwinia
txt: Chiyo

Manga shoujo to manga shoujo i nic tego nie zmieni. Przygody naszej pięknej (ale zakompleksionej) głównej bohaterki, odgrywające się w szkole (co się najczęściej zdarza) lub (o zgrozo!) w innym świecie, chwytają za serce, wyciskają łzy. Sprawiają, że ręce zaczynają się trząść i chcemy z bezsilności podrzeć mangę, którą trzymamy w rękach, a po przeczytaniu tego-a-tego rozdziału tydzień chodzimy i opłakujemy („buuuuu! On z nią zerwał!”) określone wydarzenia... Tak - my, fanki tego najmniej wymagającego intelektualnie gatunku (pomijając hentai, yaoi i yuri) nie mamy łatwego życia. Na szczęście, rynek polski dba o to, byśmy miały co opłakiwać i co drzeć. Lejdiz end dżentlmen - oto Brzoskwinia. 

A teraz zadam pytanie za milion. Gdybyście zobaczyli na ulicy kobietę opaloną na czekoladkę, z blond włosami zniszczonymi od farbowania, przykrótkiej spódniczce i butach na obcasach, co byście o niej pomyśleli? Ciiii... No dobrze. A teraz popatrzcie na Momo - piętnastolatkę o świetnej figurze, bardzo ciemnej karnacji i zniszczonych od farbowania rudoblond włosach. Momo nie ma łatwego życia. Codziennie, w drodze do szkoły musi odmówić kilku facetom dania jej kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu tysięcy za, ekhm, przysługę (‘Jeśli chcesz, mogę ci kupić ciuszki!’), bo sama wcale nie jest zainteresowana wyświadczaniem jakichkolwiek usług, mimo, że na taką wygląda... I tutaj pojawia się gwóźdź programu większości mang shoujo. Kompleks głównej bohaterki. 
Momo należy do sekcji pływackiej i cierpi na małą przypadłość (o ile można nazwać to przypadłością) - opala się zbyt szybko i dlatego wygląda jakby codziennie spędzała popołudnie w solarium. Oprócz tego zafarbowała (nie wiem, może to był błąd młodości) włosy na blond - i proszę bardzo, w szkole ma niezbyt pochlebną opinię. Jak to określa jej przyjaciółka ‘bo ma taki wygląd’. Ta właśnie przyjaciółka, imieniem Sae jest osobną historią. Ale ale, czym byłby rasowy ‘szojec’ bez co najmniej jednego bishonena? Na razie przedstawię dwóch, będących jednocześnie głównymi bohaterami. Toji (i tutaj należy się klaps tłumaczom - na pierwszych stronach pierwszego tomu jest Toji, tak jak w oryginale - czemu więc dalej w polskiej wersji jest... Tyji?*) jest wielką miłością Momo z czasów gimnazjum. Blady przystojny blondyn, plusuje u niej tego dnia, kiedy mówi, że Momo ‘nie jest taka’ broniąc jej przed kolegami. Niestety, kiedyś podobno mówił, że jego dziewczyna musi mieć karnację znacznie bledszą od niego... Drugi z naszych ‘biśków’ to najpopularniejszy chłopak pierwszego roku, Kairi Okayasu, który po daniu kosza przyjaciółce Momo, jest nią (Momo nie przyjaciółką) dosyć... hmmm... fanatycznie zainteresowany. A jakby tego było mało, ta ‘osobna historia, którą jest Sae’ jest taka, że Sae to przebiegła zazdrośnica, która robi wszystko, by Momo miała gorzej niż ona (czyt. ‘chłopak Momo ma być mój’). I ta właśnie postać nadaje mandze koloru i sprawia, że chcemy podrzeć kartkę na której autorka (Ueda Miwa) ją narysowała. Historia jest bardzo pokręcona, jak sami widzicie, dlatego nie mogło zabraknąć tutaj nagłych zwrotów akcji i wprowadzania nowych postaci niczym w Modzie na Sukces. Na szczęście, autorka nie zapomniała (o typowych, bo typowych, ale zawsze) akcentach humorystycznych (w tym mój ulubiony tekst „ależ mięciutkie!”), często używając super-deformed i zniekształceń, nie mówiąc o ‘strzałeczkach’ (kto przeczyta, będzie wiedział, o czym mówię). 
Kreska jest typowa dla mang shoujo, wielkie okrągłe oczy są podobne nieco do tych, które rysuje Soryo Furumi, częste są kadry, gdzie widać tylko oczy i to, jakie emocje wyrażają (O_O), co trochę irytuje, ale może się podobać. Między rozdziałami widzimy najczęściej Momo w jakimś wymyślnym stroju, czasem jakieś ‘pytania do autorki’, które są dosyć ciekawe (jak dla kogo). Okładki też prezentują wysoki poziom (o ile ktoś lubi taką kreskę - znam takich, którzy chętnie zwymiotowaliby na tomik Brzoskwini i jeszcze do tego podeptali i spalili), są kolorowe i błyszczące. Wydanie jest zwykłe, egmontowskie, czyli szary papier i okładka bez obwoluty - czasem jakaś strona jest ‘ucięta’, nie ma też numeracji stron. Tłumaczenie byłoby bez zarzutu, gdyby nie dwa mankamenty - Tojimori zamieniony z niewiadomych przyczyn na Tyjigamori (mimo, że na pierwszych stronach pierwszego tomu, jak wspomniałam, jest jeszcze Tojimori) i... tytuł**. Nie wiem, komu strzeliło do głowy tłumaczyć go jako „Brzoskwinia”. Oprócz tych dwóch spraw mogłabym przyczepić się jeszcze opisu na tylnej okładce: „Ciemna cera i blond włosy. Wamp? Podlotek?(...)”, który jest na swój sposób śmieszny. Ale, po którymśtam tomie i tak nikt tych opisów nie czyta. 
Podsumowując, manga jest całkiem przyjemna, jeśli ktoś lubi shoujo (i to takie typowe). Nie jestem jakąś tam fanką, pierwszy akapit napisałam z przymrużeniem oka, czytam tylko te szojce, które mnie nie nudzą i Brzoskwinia się do nich zalicza. Nie wiem, co w niej takiego jest, może fabuła ‘modonasukcesowa’. Wiem jednakowoż, że pierwszy tom wprowadził nas do trochę innej opowieści niż w następnych, kiedy to już nikt nie łapie jej na ulicy i nie ciągnie do hotelu - mimo to, czyta się przyjemnie, z wypiekami na twarzy, obgryzając paznokcie i zmagając się z myślami. Co więcej pozostaje mi, niż tylko polecić. Każdej fance shoujo a nawet każdej antyfance, która chce sobie do poduchy poczytać coś niewymagającego.

 Dane: Ueda Miwa "Peach Girl" ("Brzoskwinia"). Polska edycja - Egmont. Tłumaczenie - Zbigniew Kiersnowski.

Przypisy red.:

* To nie wina tłumaczy, tylko zapewne nieudolnych edytorów, którzy przy umieszczaniu tekstu na obrazku zapomnieli o właściwej konwersji znaków i z przedłużonego 'o' (zapisywanego zazwyczaj jako 'ou', albo jako 'o' z daszkiem) wyszło dziwaczne 'y umlaut'.
** Z tytułem jest zabawnie. W oryginale (patrz okładka) brzmi on "piichi gaaru", co oczywiście jest fonetycznym zapisem "Peach Girl" i pod tytułem ten komiks znany jest na świecie. U nas zdecydowano się go spolszczyć na "Brzoskwinię". Cóż, tragedii nie ma, jednak bardzo niekonsekwentna jest polityka Egmontu, jeśli chodzi o tłumaczenie tytułów japońskich komiksów. W niektórych zostawiane są oryginalne tytuły (najczęściej wtedy, kiedy są po angielsku - chociaż nie zawsze, vide "Inu Yasha"), jak w "Eden, it's an endless world" i "Gunsmith Cats". Niektóre tytuły tłumaczone są na siłę (jak "Seraphic Feather" - "Skrzydła serafina" i "Brzoskwinia" właśnie). A czasami popełniane jest zupełne kuriozum - tłumaczenie na polski tytułu angielskiego, który jest wymysłem amerykańskiego wydawcy i z tytułem oryginalnym nie ma nic wspólnego (vide "Miecz nieśmiertelnego"). No, ale nie jeden Egmont grzeszy - pierwsze mangi Waneko ("Tu detektyw Jeż" czyli "Hello Harinezumi" i "Cześć Michael!" czyli "What's Michael!") tłumaczenia tytułów też miały dalekie od wierności.